W ciągu ostatnich kilku dni w komunikacji miejskiej przeczytałem 40 stron książki “Metaprogramming Ruby” z iPada. Spostrzeżenia:
- Ludzie zerkają “ki diabeł?” Co piątą osobę iPad hipnotyzuje i będzie się gapiła aż wysiądziesz.
- Komfort czytania jest nie do opisania. Ekran jasny, kontrastowy, soczysty. Litery większe niż w książce (bo iPad jest większy od typowej książki, a po za tym tekst zbliża się ucinając marginesy). Fantastyczna jasność ekranu ma znaczenie zwłaszcza w słabo oświetlonych przedziałach pociągu.
- Czytanie jest możliwe w małym i średnim tłoku. W dużym tłoku ryzyko niebezpiecznie rośnie, bo na iPada zostaje tylko jedna ręka, a do tego urządzenia – w przeciwieństwie do iPhona – trzeba dysponować dwoma wolnymi łapkami.
- Bateria miło zaskakuje, w sumie nie miałem jeszcze okazji jej wyczerpać, można śmiało założyć że wytrzyma długie godziny wszelkiego rodzaju zabawy, czytania, surfowania.
- Nie ma problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Bajery nie rozpraszają, można się skupić.
- Częstemu wyjmowaniu i chowaniu urządzenia pomiędzy środkami transportu towarzyszy strach uszkodzenia. iPhonowi też kiedyś towarzyszył a teraz bawię się nim swobodnie; mam nadzieję że tu będzie podobnie.
- Domyślny (wbudowany) czytnik PDF-ów ssie pałkę. Często zapomina, na której stronie skończyłem czytać. Czas poszukać alternatyw, a jest z czego wybierać.
Podsumowując, eksperyment wypalił. Nie tylko “da się” używać iPada w komunikacji miejskiej, ale jest to całkiem praktyczne i nie widzę przeszkód żeby robić to na stałe. Niech no tylko sprawię sobie jakiś sensowną walizeczkę (na razie noszę w plecaku w teczce tekturowej)!


